Folkeuniversitet- moja przygoda

2

25/08/2014 - autor: mittnorge

IMG_3665

Tuż przed wyjazdem najbardziej nurtowała mnie kwestia kursu, którego wybór był dla mnie bardzo istotny. Nie bardzo się orientowałam, dlatego po prostu posłuchałam sugestii mojej poprzedniczki i wybrałam chyba najpopularniejszą szkołę- Folkeuniversitet. Jednak nie o samej szkole chcę tu pisać, lecz o (dwóch) lektorach. To w końcu na ich podstawie tworzy się ogólną ocenę szkoły „polecam/nie polecam”.

Pierwszą z nich była Pani Irina, z pochodzenia Rosjanka, mieszkająca wiele lat w Norwegii. Prowadziła kurs A1. Podejście miała bardzo metodyczne, zawsze była świetnie przygotowana. Już na samym początku zajęć przedstawiła szczegółowy plan zajęć i ściśle się go trzymała. Wysyłała nam różne kserówki na maila, robiła testy sprawdzające. Lekcje prowadziła w oparciu o książkę (Norsk nå), z czasem urozmaicając materiałami dodatkowymi (np. artykułami z gazet). Podczas 3-godzinnych zajęć był czas na gramatykę, słownictwo, słuchanie, pisanie oraz dialogi. Przyznam szczerze, że na początku forma ta nieco mnie nużyła i ciężko było wytrzymać do końca. Jednak już po kilku lekcjach bardziej ją doceniłam. Doszłam do wniosku, że tradycyjne podejście do nauczania jest (mi) bardzo potrzebne na początku przygody z nowym językiem. Później przychodzi czas na większe urozmaicenia, takie jak filmy w oryginale. Lektorka początkowo mówiła głównie po angielsku, szybko przeszła jednak na norweski, mobilizując całą grupę do aktywnego włączania się do dyskusji. Dodatkowo mieliśmy sporo prac domowych, polegających głównie na słuchaniu płyty z dialogami. Polecała przy tym słuchać nagrań w domu co najmniej 5 razy pod rząd. I muszę przyznać, że choć było to czasem nużące, to do dzisiaj mam głowie te dialogi. Sama praca domowa zajmowała ze 3 godziny.

Ogólnie więc, pomimo początkowej niechęci, bardzo miło wspominam Panią Irinę. Miałam z nią zajęcia 2 razy w tygodniu po 3 godziny, przez około 1,5 miesiąca.

Kolejnym etapem był poziom A2, też w tej samej szkole. Po zakończeniu pierwszego kursu miałam mniej więcej dwa tygodnie do następnego. Przez ten czas pilnie powtarzałam cały przerobiony materiał. Trochę się denerwowałam, gdyż kurs miał być superintensiv, co oznaczało zajęcia 4 razy w tygodniu po 3 godziny.

Na zajęciach było aż 12 osób z czego 3/4 grupy nie uczęszczało wcześniej na żaden kurs, chociaż mieszkali już trochę w Norwegii. Niestety odbiło się to na poziomie grupy, gdyż jedne osoby faktycznie miały solidne podstawy, inne zaś zaledwie potrafiły się przedstawić.

Pani Saira, pochodzenia nie-europejskiego, była moim drugim nauczycielem norweskiego. Jakże diametralnie różnym od swojej koleżanki.

Pomysł na lekcje był taki: połączyć się w pary, wymyślić dialog i przedstawić wpierw lektorowi, potem grupie. Tak zlatywały 3 godziny. Żadnego słuchania, czytania, nowego słownictwa. Ale nie sama forma lekcji była najgorsza. Tej pani nie było w klasie. Siedzę z koleżanką nad dialogiem, brakuje nam słownictwa, podnosimy głowę a tu nauczycielki nie ma. Zniknęła. Wróciła ponad godzinę później. Na nasze pytanie czy coś się stało odpowiedziała że coś jej wyskoczyło. Przemilczałyśmy. Drugiego dnia spóźniła się pół godziny. Upomnieliśmy ją na co odparowała, że sama tu ustala reguły i żwawo przeszła do „lekcji”, która niestety nie wniosła nic nowego. Kolejną lekcję odwołała sms’em wysłanym o 3:23. Czwartkowym tematem miało być Hvor bor du? Na A2! Mieszkanie przerabiałam na drugiej lekcji pierwszego kursu. Na dodatek znowu się ulotniła i tym razem widzieliśmy ją tylko na początku i na końcu zajęć. Tego już było za wiele. Wraz z 3 dziewczynami udałyśmy się do dyrektora (reszta mówiła że przeczeka). Z naszej reklamacji wynikła wielka awantura, sama pani Saira krzyczała, że nie jest naszą babysitter żeby siedzieć na lekcji (!)… Zaproponowali, że skoro rezygnujemy to nie musimy płacić za cały kurs (no seeeerio?), tylko za zajęcia na których byłyśmy. O nie. Zajęcia czy salę? Twardo obstawiałam przy tym, że nie należy im się nic. Reszta buntowniczek nieco się uciszyła, że już tam niech i im będzie. Ale to było prawie 1000 koron! Nie odpuściłam. W końcu miałam napisać oficjalny complain letter. Niezły musiał mi wyjść bo umorzyli fakturę. Wszystkim.

Byłam jednak bardzo rozczarowana całą sytuacją. Liczyłam na codzienną, intensywną naukę. W tym czasie nie było innych kursów na tym poziomie. Musiałam więc sama przyswoić dany materiał. Jak sobie z tym poradziłam? O tym już wkrótce 🙂 .

Czy polecam Folkeuniversitet? Cóż mogę powiedzieć. Na podstawie mojego doświadczenia z dwoma lektorami z tej samej szkoły mogę tylko powiedzieć, że wiele zależy tak od prowadzącego zajęcia jak i od samej grupy. Od niektórych osób z drugiego kursu usłyszałyśmy, że pani Saira była fajna, bo taka wyluzowana i nie wymagająca. Czyli dla niektórych jest to plus. Każda więc ocena jest subiektywna.

Warto jednak dobrze rozeznać się w ofertach innych szkół, których w związku z dużym zainteresowaniem wciąż przybywa. Nie trudno też znaleźć prywatnych korepetytorów, ceny jednak są bardzo zróżnicowane. Znajoma płaciła aż 600 koron za jedno spotkanie, ale widziałam też ogłoszenia z dużo niższymi stawkami. Ale o prywatnych (darmowych) lekcjach również pojawi się tekst, jest już nawet gotowy 😉

Ciekawa jestem jakie macie doświadczenia ze szkołami norweskiego?

PS. Powoli świta, a ja dalej nie mogę spać. Chyba już pora do tego przywyknąć. Właśnie dlatego wróciłam do pisania 😉

Reklamy

2 thoughts on “Folkeuniversitet- moja przygoda

  1. Dzięki za ten wpis! Chętnie przeczytam o tym, jak sama przyswoilas materiał:) Ja również mam różne doświadczenia z mojej szkoły, ale raczej pozytywne. Chodzę do voksenopplæring. Na poziomie A1 mieliśmy nauczycielkę z Polski, co było nawet dobre, zwłaszcza dla uczniów polskich. Niestety kurs się rozkrecal bardzo powoli, na większości lekcji nudziłam się, bo sporo siedziałam nad nauka w domu, a to był kurs wieczorowy dla ludzi głównie pracujących, którzy nie mieli tyle wolnego czasu i chęci.. Na A2 było znacznie lepiej, nauczyciel rewelacyjny, wymagający, niemal non stop mówił po norwesku, poziom grupy tez dość wysoki. Niestety i tu było jedno „ale” – grupa była dość liczna, wiec nie każdy miał okazję mówić, lepsi zazwyczaj przekrzykiwali tych słabszych (ja byłam ta słabsza:). Tym sposobem rozumiem dość dużo, zwłaszcza gdy czytam, ale mówię bardzo słabo. Niedługo zaczynam B1. Zobaczymy jak będzie tym razem:) Pozdrawiam!

    • mittnorge pisze:

      A w jakim mieście mieszkasz? Ja właściwie chciałam uniknąć pójścia na norskkurs for polakker, z tego względu, że przy okazji uczę się angielskiego. Z A2 miałam to samo zastrzeżenie co Ty- za dużo ludzi. Ale fajnie, że chociaż miałaś porządnego lektora. Niestety sama muszę przyswajać materiał, aby poradzić sobie na kolejnym kursie, a to już mało czasu zostało. Najczęściej najtrudniej jest przełamać barierę w mówieniu- o pomysłach na rozwiązanie tego problemu napisałam już post, niedługo go opublikuję 🙂 Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: